Prawda o sobie

Mamy tendencje do oszukiwania siebie i innych. Udajemy często lepszych, mądrzejszych, atrakcyjniejszych, wiernych i sprawiedliwych. Robimy wszystko, żeby ktoś nam uwierzył, ćwiczymy się w manipulacji. W pewnym momencie sami zaczynamy wierzyć w swoje kłamstwa. Przez jakiś czas to działa. Jesteśmy pożądani, podziwiani, wzbudzamy zainteresowanie… Dla przykładu myślimy sobie: mam piękny samochód, mam większą wiedzę niż moi znajomi, moje zdjęcie zyskało ogromną popularność, potrafię oczarować innych swoją osobą, nigdy się nie mylę, moje miejsce jest w centrum uwagi, jestem niesamowity, ludzie zazdroszczą mi egzotycznych podróży. Na chwilę cieszy nas ten stan, nazywamy go szczęściem. Ale zaraz po nim pojawia się przymus zdobywania kolejnych zasług. Bo nabieramy się na to, ale tylko na chwilę. Dlatego tak desperacko szukamy potwierdzenia swojej wartości w działaniach i zabiegach, żeby czasem prawda o nas nie wyszła na jaw.

Wiemy, że ta prawda wówczas smakuje gorzko. Nikt jej nie chce. Jest okrutna, gdy musimy spojrzeć jej w oczy. Jak tu przyznać że jestem zwykłym chłopakiem, który zawsze uznawany był za gorszego syna, jestem zwykłą dziewczyną, którą ktoś kiedyś nazwał brzydulą, bo ma rude włosy..
I znowu uciekamy. W zakupy, w romanse, w słodycze, w pornografie, w alkohol, w wiedzę… Będę dobrze wyglądał, rozkocham w sobie kolejna łaknąca miłości osobę, poprawię sobie samoocenę seksem, spędzę kulturalny wieczór z przyjacielem (alkohol to tylko Polskość na stole), zacznę biegać i przejdę na dietę wtedy wreszcie będę adorowana, pojadę na nowe wakacje, tam jest lepiej niż tu. Byle zakrzyczeć to, co czeka na moment ciszy by przemówić.

Nie trzeba długo czekać, bo piękna suknia nie zagwarantuje nam udanego balu, przystojny chłopak bycia kochaną, szybki samochód bezpiecznej podroży, wakacje w Egipcie upalnego listopada, a urocze zdjęcie idealnej urody.. I każdy kolejny „sukces” ostatecznie wprawia nas w przygnębienie. Bo wiemy, że jednak od siebie uciec się nie da. W końcu wracamy do tego miejsca, z którego uciekliśmy. Chociaż mieliśmy wielkie nadzieje, to już miało być to szczęście na całe życie. Mówiliśmy „chwilo trwaaaj” ! A echo odpowiedziało „aaaaj”…

A co jeśli tylko dzięki tej prawdzie staniemy się wolni?

prawda

Uważamy się za wyjątkowych, a jesteśmy tylko smutnymi, samotnymi ludźmi bojącymi się prawdy o sobie. Więc na chwilę przyklejamy sobie uśmiech w szybki, prosty czy tani (czasem bardzo drogi) sposób. Łatwo jest nam przyjąć rolę ekspertów, bo wtedy porównujemy się i wypadamy „lepiej”. Potrafimy głosić prawdę o innych, wymawiając ich potknięcia, upadki, złe wybory, błędy, wady. Oceniamy innych z góry, bez miłości, argumentując to śmiałe przyzwolenie swoją moralnością. Zdarza się, że nawet w imię naszej rzekomej prawości naprawiamy innych, doradzamy, mówimy co robią źle. To zwyczajna pycha, która nie ma nic wspólnego z dobrem.

Najtrudniej jednak jest nam spojrzeć w siebie. Bo musielibyśmy przyznać, że w sumie to jestem zwykłą dziewczyną, albo jestem zwyczajnym chłopakiem. Bo taka właśnie jest prawda. Jesteśmy zwykli. Mamy zalety i mamy wady. Popełniliśmy w życiu ogrom błędów, skrzywdziliśmy wielu ludzi słowem, spojrzeniem, miną, zachowaniem. Wiele rzeczy, relacji zepsuliśmy, część z nich świadomie i z własnej woli. Teraz trzeba po prostu spojrzeć na to i zaakceptować – tak było, tak jest i ja jestem za to odpowiedzialny. Przyznaje się przed sobą, że zrzucałem odpowiedzialność na innych za moje niepowodzenia, ale to ja ich dokonałem.

Gdy to się wreszcie stanie to poczujemy ból i ulgę. Ból, bo trzeba będzie przeboleć swoje złe wybory, zachowania, manipulacje, stracony czas i stracone nadzieje. A ulgę, bo wreszcie poczujemy się sobą. Nie mamy wpływu na przeszłość, nie można nią żyć, choćby nie wiem jak bardzo była zła. Trzeba sobie powiedzieć wprost jaka jest prawda, przeprosić siebie, może kogoś, wybaczyć sobie i wybaczyć innym. A następnie podjąć decyzję, że chcemy być dobrzy dla siebie oraz dla innych i wybieramy to dobro, tak na 100%.

Potrzebujemy miłości i obecności kogoś, kto kocha i akceptuje nas właśnie takich. Bez samochodu, bez makijażu, z ojcem alkoholikiem, w starej bluzce, z obrażoną miną, bez ambitnej pracy, z chęcią przespania połowy dnia, bez tytułu magistra. Z boczkami, z trudnym dzieciństwem, z małym biustem, z brakiem zainteresowań, ze zmarszczkami, z wybuchowym charakterem oraz z milionem upadków i błędów. Potrzeba nam właśnie takiej relacji – przyjaciela, rodzica, siostry. Gdy uświadomimy sobie, że ktoś nas tak kocha i nie musimy zrobić nic, żeby zasłużyć na to uczucie, to wówczas odzyskujemy spokój i wolność. A tę naszą zwyczajność potrafimy już zaakceptować, wtedy wreszcie zaczynamy być sobą i siebie lubić.

Schodzi z nas konieczność porównywania się.  Dostrzegamy to, co było fałszywe i przestajemy się tym otaczać. Już nas nie cieszy lukrowana rzeczywistość, która niestety nie istnieje. Nie wymagamy od innych poprawiania naszego życia, przestajemy być roszczeniowi wobec bliskich, państwa etc. Przestajemy otaczać się ludźmi, którzy dalej chorują na bycie „naj”. Sami odchodzą, bojąc się naszej zwyczajności. Dlaczego? Pod pozorem bycia lepszymi, niepasującymi, a tak naprawdę ze strachu przed konfrontacją z kimś, kto nie ma maski. Człowiek bez maski wystawia się na zadrapania. Ale też zawstydza innych, bo nie bierze udziału w maskaradzie. Jest szczęśliwy, bo przestał grać. Nie łapie zadyszki w wyścigu po „lepsze” od innych. Może swobodnie oddychać. Nie koloruje burzowych chmur. Zakłada czapkę zimą. A w jego towarzystwie ludzie czują się dobrze.

Oczywiście zmiana jakości naszego życia nie dzieje się natychmiast, na życzenie. Wymaga wysiłku, pracy nad sobą, uważności, a może czasem pomocy kogoś, specjalisty. Z pewnością jednak zaczyna się od uznania prawdy o sobie i akceptacji rzeczywistości. Naprawdę, mimo wszystko i bez żadnego „ale”.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *